Krzysztof Kowalczyk O sposobie organizacji wyborów

Krzysztof Kowalczyk

O sposobie organizacji wyborów

Przebieg wyborów samorządowych w 2014 r. wywołał rekordową liczbę protestów wyborczych i wiele manifestacji w całym kraju, które wymusiły dymisję Państwowej Komisji Wyborczej. Dało się zauważyć zwiększone zainteresowanie opinii publicznej sposobem organizacji wyborów i ustalania wyników w kontekście kompromitacji liczenia głosów w systemie list partyjnych i „książeczek wyborczych”, wymagających wertowania strona po stronie przy liczeniu głosów każdego wyborcy. Stworzyło to poszerzone możliwości ukazywania zalet małych jednomandatowych okręgów wyborczych (JOW) i transparentnego przeprowadzania wyborów, które Ruch na Rzecz JOW postuluje od dawna.

Ze swej strony chciałbym podzielić się głównymi tezami mojego wystąpienia z manifestacji w Lublinie w listopadzie 2014 r., na którą przybyło ok. 400 osób. Mówiłem tam na temat tego, jak właśnie powinien wyglądać system wyborczy zapewniający obywatelom realną kontrolę nad tym kto jest wybierany oraz nad sposobem liczenia głosów. Pytałem: dlaczego w Wielkiej Brytanii i we Francji, gdzie posłów wybiera się w okręgach jednomandatowych, liczenie głosów odbywa się publicznie, a u nas za zamkniętymi drzwiami!? W czym Polacy są gorsi od Francuzów czy Anglików, że nie organizuje się publicznego liczenia głosów? A może to już sam skomplikowany system wyborczy, w którym zamiast listy kilku kandydatów w małym jednomandatowym okręgu, są długie listy partyjne i „książeczki wyborcze”, nie sprzyja takiemu rozwiązaniu?

Niezależnie od tego, jaki system czemu sprzyja i jak można by to wykorzystać, warto zwrócić uwagę na coś jeszcze. W Polsce nawet Państwowa Komisja Wyborcza, która jak ujawniono w mediach była na szkoleniu w Moskwie, wydała wytyczne, w których zakazała już nie tyle ogółowi obywateli, co nawet członkom komisji i mężom zaufania robienia zdjęć i filmowania liczenia głosów. Co to oznacza? Otóż nawet jakby ktoś w naszym systemie zobaczył, że dostawiają kolejne krzyżyki, że fałszują głosy i chciałby to udowodnić przed sądem, to nie ma dowodu materialnego, jest tylko jego oświadczenie. Takie odgórne związanie rąk nawet osobom odpowiedzialnym za prawidłowość przebiegu procesu wyborczego, w sytuacji gdy w przypadku protestów wyborczych sądy żądają dowodów nieprawidłowości mogących mieć wpływ na wynik, to patologia. W 2014 r. Państwowa Komisja Wyborcza zasłużenie odeszła, podając się do dymisji, bo nie tylko problemy z systemem informatycznym powinny być powodem do jej odwołania. Problem braku właściwej organizacji wyborów jednak pozostał. Zwłaszcza wybory do sejmików województw – niestety najważniejsze z punktu widzenia wpływu „wybrańców” na wydawanie środków publicznych – zostały skompromitowane w oczach znacznej części Polaków. Nawet rządowa sondażownia CBOS musiała przyznać, że tylko dla 56% ankietowanych wyniki wyborów do sejmików województw są wiarygodne.

Dużo lepiej to wyglądało tam, gdzie wybory odbywały się w jednomandatowych okręgach wyborczych. W gminach powyżej 20 tys. mieszkańców (z wyjątkiem miast na prawach powiatu) właśnie od wyborów w 2014 r. wprowadzono wyłanianie radnych najniższego szczebla w okręgach jednomandatowych. Wcześniej w tych gminach obowiązywał system list partyjnych, analogiczny do tego, jaki obowiązuje w wyborach do rad powiatów czy sejmików województw. Jednomandatowe okręgi wyborcze to system, który każdemu z pełnoprawnych obywateli zapewnia możliwość startu i współzawodnictwa w procesie wyborczym bez konieczności wystawiania wielu kandydatów przez jego komitet wyborczy. Wydaje się, że taka formuła wyboru ludzi, nie partii, znacznie bardziej odpowiada Polakom, o czym świadczy też względnie mała, nie przekraczająca 4% liczba głosów nieważnych w wyborach radnych w okręgach jednomandatowych (oraz 2% w wyborach wójtów, burmistrzów i prezydentów miast), która kontrastuje z dramatycznie wysoką, sięgającą 18% w skali kraju liczbą głosów nieważnych w wyborach radnych wojewódzkich.

Okazuje się, że też głosy sprawniej policzono w okręgach jednomandatowych, protokoły szybciej sporządzono, mimo awarii systemu informatycznego. Generalnie w gminach, gdzie wybierano radnych w jednomandatowych okręgach wyborczych obwodowe i gminne komisje wywieszały pełne protokoły w terminie nie budzącym kontrowersji, rzadziej też wyniki wyborów w JOW-ach były przedmiotem protestów wyborczych. Ostatecznie jak pamiętamy podział mandatów między poszczególne komitety i kandydatów ustalano ręcznie, co w jednomandatowych okręgach wyborczych jest o tyle proste, że w każdym z nich wygrywa po prostu ten, kto personalnie zdobył w nim największą liczbę głosów.

Tymczasem wybory radnych w miastach na prawach powiatu, podobnie jak wybory do sejmików województw i rad powiatów, odbywają się w wielomandatowych okręgach wyborczych w systemie d’Hondta. Tam już miejskie oraz wojewódzkie komisje wyborcze mają za zadanie nie tylko zsumować głosy oddane na poszczególne komitety, ale także dzielić je przez kolejne liczby całkowite (1, 2, 3 itd.) i dopiero wyniki tego dzielenia są podstawą podziału mandatów między poszczególne komitety. Konkretnie bierze się tyle największych ilorazów z takiego dzielenia (przez 1, 2, 3 itd.) wyników komitetów, ile jest mandatów do obsadzenia w okręgu, a tym największym ilorazom odpowiadają mandaty radnych przyznawane poszczególnym komitetom. Algorytm d’Hondta stosuje się tylko do komitetów, które przekroczyły 5% próg wyborczy i uczestniczą w podziale mandatów na szczeblu rady miasta na prawach powiatu lub jego dzielnicy, rady powiatu czy sejmiku województwa. Oczywiście ta cała procedura wydłuża dodatkowo podanie oficjalnych wyników, ale z pewnością nie może służyć za wytłumaczenie opóźnień z publikacją wyników na stronie PKW, bo w poprzednich wyborach samorządowych aż takich opóźnień nie było.

W pierwszych dniach po zamknięciu urn Państwowa Komisja Wyborcza udostępniała komisjom niższego szczebla kolejne wersje wadliwego programu do sumowania głosów i podziału mandatów, które jednak też generowały dużą liczbę błędów. Kuriozalne było oświadczenie PKW, że wysyła wersję programu, która generuje „mniej błędów”, tak jakby jakiekolwiek błędy w systemie wyborczym były dopuszczalne. Potem wojewódzkie komisje rezygnowały z „dobrodziejstw” programu komputerowego za ponad 400 tys. zł, podejmując decyzje o liczeniu wszystkiego „na piechotę”, czyli tam gdzie stosuje się algorytm d’Hondta te żmudne operacje dzielenia wykonywano kalkulatorami lub nawet pisemnie. Okazało się przy tym, że wobec indolencji PKW nawet członkowie wojewódzkich komisji wyborczych nie umieli sporządzić dla przyspieszenia prac arkusza kalkulacyjnego w Excelu, który mógłby z powodzeniem zastąpić wadliwy program komputerowy w liczeniu podziału mandatów systemem d’Hondta. Jeżeli system przydziału mandatów sprawia takie trudności członkom komisji wyborczych, to tym bardziej trudno oczekiwać, aby był oczywisty i budzący zaufanie dla ogółu obywateli.

Niezależnie od błędów programu komputerowego, skutkiem zastosowania metody d’Hondta jest to, że do organów przedstawicielskich wchodzą osoby, które niekoniecznie w swoich okręgach uzyskały największe liczby głosów. Wynika to z tego, że przy podziale mandatów w pierwszej kolejności bierze się pod uwagę wynik komitetu jako całości, a potem dopiero konkretnych kandydatów. Sprzyja temu 5% próg wyborczy, ale i bez niego obserwowano by takie rezultaty. W rzeczywistości prawie nikt w Polsce nie wie co to jest algorytm d’Hondta i na jakich zasadach przydziela się tu mandaty radnych wojewódzkich czy powiatowych. Z mandatami poselskimi jest podobnie. Można mieć uzasadnioną wątpliwość czy aby na pewno systemy, które nie są powszechnie zrozumiałe powinny być stosowane, nawet jeśli stosowane są poprawnie.

Wybory to nie tylko głosowanie, a skoro wybory są według konstytucji powszechne, to wyrazem tej powszechności powinien być cały proces wyborczy od zgłaszania kandydatów po ustalanie wyniku wyborów. Powinna być więc przed głosowaniem możliwość samodzielnego zgłoszenia swojej kandydatury na radnego czy posła, a po głosowaniu publiczne liczenie głosów przy powszechnie zrozumiałym systemie zamiany głosów na mandaty. Te cele realizowałby znakomicie postulowany przez Ruch na rzecz JOW system jednomandatowych okręgów wyborczych, wzorowany na rozwiązaniach brytyjskich. Punktem wyjścia tego systemu są równe i przystępne zasady zgłaszania kandydatów, czyli realizacja powszechnego dostępu do biernego prawa wyborczego.

Bierne prawo wyborcze jest zapisane w polskiej konstytucji, ale chcąc z niego skorzystać w wyborach do Sejmu RP bezpartyjny obywatel, który chciałby wystartować samodzielnie, nie ma czego szukać i jest pozbawiony możliwości indywidualnego zgłoszenia swojej kandydatury. W wyborach do Senatu teoretycznie istnieje taka możliwość, ale nawet w jednomandatowych okręgach do Senatu nie jest to zrobione analogicznie jak funkcjonuje to w Wielkiej Brytanii, gdzie 10 podpisów i zwrotna kaucja w wysokości 500 funtów wystarczy, żeby wystartować. W Polsce kandydaci bezpartyjni do Senatu, oprócz wymaganych dla wszystkich 2000 podpisów, muszą zebrać najpierw 1000 podpisów na rejestrację komitetu wyborczego. Póki tych podpisów nie zbiorą (i póki PKW po ich weryfikacji nie zarejestruje komitetu) nie mogą nawet przystąpić do kampanii wyborczej, którą prowadzą już kandydaci korzystający ze stałej rejestracji komitetów partii politycznych. Jak słusznie zauważył Paweł Kukiz, wybory do Senatu przypominają wyścig, w którym najpierw startują kandydaci partyjni, a potem dopiero mówi się bezpartyjnym, że mogą do nich dołączyć. To nie jest równość współzawodnictwa, więc ta równość musi być właściwie wszędzie dopilnowana.

Art. 32 konstytucji stwierdza wyraźnie: „1) Wszyscy są wobec prawa równi. Wszyscy mają prawo do równego traktowania przez władze publiczne. 2) Nikt nie może być dyskryminowany w życiu politycznym, społecznym lub gospodarczym z jakiejkolwiek przyczyny”. Nie tylko więc z powszechności i równości wyborów, ale i konstytucyjnej zasady równości wobec prawa (art. 32) wynika dostęp do kandydowania na równych zasadach. Na gruncie konstytucji nie jest więc dopuszczalne np. różnicowanie liczby wymaganych podpisów ze względu na przynależność partyjną, bądź jej brak. Również wynikający z tego zróżnicowania nierówny czas prowadzenia kampanii wyborczej jest pogwałceniem konstytucji. Nie mówiąc już o tym, że kandydaci partyjni obchodzą wyśrubowany limit wydatków na kampanię do Senatu (18 gr na wyborcę), prowadząc wspólną kampanię z kandydatami do Sejmu, gdzie ten limit wydatków jest większy (82 gr).

Trybunał Konstytucyjny, z którego wywodzi się część sędziów PKW, przechodzi nad tym wszystkim do porządku dziennego, bo co to by było, jakby wytknął, że parlamentarzyści zostali wybrani w sposób niekonstytucyjny? Przecież nawet sąd, który orzekał w sprawie zniknięcia 130 tys. głosów i podmiany protokołów w wojewódzkiej komisji wyborczej w Katowicach, wydał wyrok bez zbadania sprawy, odrzucając wszystkie wnioski dowodowe. Potem osoba, która zaalarmowała o nieprawidłowościach (członkini wojewódzkiej komisji wyborczej w Katowicach) spotykała się z anonimowymi pogróżkami, podobnie jak chłopak, który stosując prowokację dziennikarską udowodnił, że można dostać program w Telewizji Polskiej powołując się na ministra z kancelarii prezydenta Komorowskiego. Taką to „zgodę i bezpieczeństwo” zafundowała nam poprzednia władza – teraz ci sami ludzie maszerują w marszach „w obronie demokracji”, choć nie było ich na protestach po wyborach samorządowych w 2014 r.

Czas tych ludzi już minął. Prezydent Komorowski miał 5 lat, by ogłosić referendum ws. jednomandatowych okręgów wyborczych i gdyby naprawdę mu na tym zależało, to zrobiłby to wcześniej niż dzień po pamiętnej nocy wyborczej, gdy okazało się, że to wyborcy Kukiza, który zdobył 20% zdecydują o prezydenturze. I zdecydowali, w większości zostając w domu lub karząc butnego prezydenta za 5 lat bierności. Powinno to być przestrogą także dla jego następcy na urzędzie prezydenta i innych polityków, że nie można przez lata ignorować ludzi, a potem na za pięć dwunasta im coś obiecać. Jeśli będzie trzeba, to w miarę jak Kukiz nabierze doświadczenia politycznego, w kolejnych wyborach prezydenckich także Dudę sprowadzimy do poziomu, tak jak Komorowskiego w 2015 r. Nie dajmy się tylko zwieźć fałszywym obrońcom demokracji i walczmy o prawdziwą dobrą zmianę – o wprowadzenie jednomandatowych okręgów wyborczych i publiczny monitoring liczenia głosów również w wyborach do rad powiatów i sejmików, a przede wszystkim w wyborach do Sejmu.

Krzysztof Kowalczyk – aktywny uczestnik Ruchu na Rzecz JOW od 2007 r. Wiceprezes okręgu lubelskiego Stowarzyszenia na Rzecz Nowej Konstytucji Kukiz ’15. Oficjalny profil na Facebooku: www.facebook.com/kkowalczyk.6

Random Posts