W Polsce nadszedł czas by poseł odpowiadał przed wyborcą

Obowiązujący system wyborczy rzutuje negatywnie na funkcjonowanie systemu partyjnego i odstrasza aktywnych ludzi, którzy mieliby coś do powiedzenia, od angażowania się w życie polityczne, na które i tak nie mają wpływu. W sytuacji, gdy szansa uzyskania mandatu poselskiego zależy od zgody liderów jakiegoś ogólnokrajowego komitetu, w przypadku odejścia ugrupowania od składanych obietnic wierność wyborcom schodzi na dalszy plan względem wierności politycznym protektorom. I tak zamiast odpowiedzialności przed wyborcami mamy odpowiedzialność przed politycznymi kierownictwami.

Gdyby np. teraz jakiś poseł PiS-u powiedział prawdę i zaczął wytykać kierownictwu partii, że wbrew obietnicom wyborczym i wbrew orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego rząd PiS nie podnosi kwoty wolnej od podatku dla wszystkich, a tylko dla zarabiających grubo poniżej pensji minimalnej, co jest politycznym oszustwem, to ryzykuje niewpisanie na listę w następnych wyborach lub wpisanie na odległe „niebiorące” miejsce. Podobnie posłowie PO i PSL-u, którzy teraz mówią, że są za podniesieniem kwoty wolnej od podatku dla wszystkich obywateli, a przez 8 lat byli przeciw, mogliby powalczyć o takie zmiany dużo wcześniej niż po znalezieniu się w opozycji. Mogliby, gdyby były JOW-y. Obecny system wyborczy, który pozbawia już wybranego posła podmiotowości na rzecz partyjnej centrali, a ogółu obywateli biernego prawa wyborczego i instrumentu odwołania posła przed upływem kadencji, nie zachęca jednak do takiej uczciwości.

Wprowadzenie 460 jednomandatowych okręgów wyborczych w wyborach do Sejmu to postulat, którego „nietykalne” partyjniactwo boi się najbardziej. Ruch Kukiz ’15, który nie jest partią i nie pobiera partyjnych subwencji, chce go wpisać do konstytucji.

My jesteśmy opozycją antysystemową. To znaczy, że my nie akceptujemy podstaw ustrojowych III RP. Uważamy, że one nie gwarantują rządów odpowiedzialnych przed obywatelami i rządów sprawiedliwych. Dlatego my kwestionujemy to, co robią wszystkie partie polityczne w Polsce od 27 lat. My mówimy, że jeżeli nie zmienimy konstytucji, jeżeli nie wprowadzimy jednomandatowych okręgów wyborczych, które wymuszą to, że ludzie, którzy zasiadają w tym parlamencie będą mogli być odwołani przez obywateli (bo w tym momencie nie mogą być odwołani), to się nic nie zmieni – tymi słowami wicemarszałek Sejmu Stanisław Tyszka opisał rolę ruchu Kukiz ’15 na konferencji prasowej w Sejmie 25.10.2016 r.

Ruch Kukiz ’15 dąży do zmiany ustrojowej i nowej proobywatelskiej konstytucji. Jego posłowie, odmawiając udziału w ostatnich awanturach sejmowych i odcinając się od takich zachowań jak blokowanie przez kilka godzin mównicy sejmowej czy nocne przepychanki posłów, mówią wprost, że brzydzą się partiokracją. Klub Kukiz ’15 ma jednak niespełna 40 posłów, a do zgłoszenia projektu zmiany konstytucji potrzeba 92 sprawiedliwych. Aby taki projekt wszedł w życie, musi być następnie poparty przez Sejm większością 2/3 przy obecności co najmniej połowy ustawowej liczby posłów. Zmiana konstytucji czy uchwalenie nowej konstytucji to więc rzecz politycznie bardzo trudna, wymagająca szerszego konsensusu. Zamiast tego partie oferują nam polityczną nawalankę i napuszczanie jednych na drugich w ulicznych manifestacjach, a debaty sejmowe naprawdę wyglądają tak jak pokazał to Marek Koterski w filmie „Dzień świra”.  Najlepszą odpowiedzią społeczeństwa na te partyjne gierki byłoby dogadanie się świadomych obywateli wbrew partiom i masowe podjęcie tematu jednomandatowych okręgów wyborczych. Byłoby to najlepszą gwarancją tego, że uda się w przyszłości zbudować odpowiednią większość – złożoną niekoniecznie tylko z posłów Kukiz ’15 – by takie zmiany przeprowadzić.

Na chwilę obecną obiektywne trudności skłaniają do poszukiwania ścieżki prawnej pozwalającej na wprowadzenie JOW-ów bez konieczności zmiany konstytucji. Takiej, która pozwoliłaby klubowi Kukiz ’15 w jego obecnym składzie przynajmniej na samodzielne zgłoszenie projektu (do czego wystarczy 15 posłów) i podjęcie go na sali plenarnej Sejmu. Nie musi, a nawet nie powinno oznaczać to projektu ordynacji mieszanej do Sejmu, gdzie tylko część posłów byłaby wyłaniana w wolnych wyborach w okręgach jednomandatowych,  ani defensywy w postaci promowania JOW-ów wyłącznie w wyborach samorządowych.  W szczególności forsowanie ordynacji mieszanej zamiast pełnych JOW-ów byłoby zdradą zapisanego w strategii programowej Kukiz ’15 pod kierunkiem Stanisława Tyszki postulatu 460 JOW-ów w wyborach do Sejmu. Z tą strategią dla Polski, z którą można zapoznać się na stronie http://ruchkukiza.pl/klub-poselski/strategia-zmiany/ ruch Kukiz’15 szedł do wyborów.

Jaki więc projekt klub Kukiz’15 powinien złożyć i na jakie argumenty prawne się powołać? W jaki sposób pogodzić pełną ordynację jednomandatową z konstytucją? O tym napiszę w dalszej części artykułu, wymaga to jednak pewnego wstępu.

Ordynacje wyborcze dzieli się na dwa zasadnicze typy. Są więc systemy większościowe, gdzie wchodzą kandydaci z największą liczbą głosów i  tzw. proporcjonalne, gdzie wpierw decyduje wynik uzyskany przez cały komitet wyborczy i to czy przekroczył on próg wyborczy. Według konstytucji (art. 96) „wybory do Sejmu są powszechne, równe, bezpośrednie i proporcjonalne oraz odbywają się w głosowaniu tajnym.”

JOW-y to ordynacja większościowa, ale art. 96 konstytucji odnosi się do wyborów, a nie do ordynacji. A proporcjonalność wyborów może odnosić się do różnych rzeczy, które niekoniecznie musi określać typ ordynacji, takich jak np. zachowanie normy przedstawicielskiej i tolerowane jej odchylenia. Nie jest określone do jakiego elementu wyborów odnosi się proporcjonalność, o której mowa w art. 96: czy do proporcjonalności liczby zdobytych głosów w stosunku do liczby uzyskanych mandatów, czy do normy przedstawicielskiej (proporcjonalność liczby wyborców okręgu do liczby mandatów). Po prostu konstytucja tego nie określa, co stwarza pole do interpretacji.

Przekonał się o tym poseł Stefan Romecki, który próbował uzyskać oficjalną odpowiedź, jaka jest właściwa wykładnia proporcjonalności. Wiceprzewodniczący Parlamentarnego Zespołu ds. JOW-ów wydał w lipcu 2016 r. oświadczenie, w którym pisał m.in.: Sejm Rzeczypospolitej, a więc najwyższy Prawodawca, uchylił się od odpowiedzi. Sprawę jednego słowa z Konstytucji przekazano do decyzji Prezydium Sejmu, które zdecydowało, żeby nie nadać biegu interpelacji, czyli pozostawić ją bez odpowiedzi. W tej sytuacji zwróciłem się do Biura Analiz Sejmowych z prośbą o wykładnię prawną. Przekazano mi ok. 30 stron wydruków różnych stanowisk i opinii, zawierających w większości teoretyczne rozważania na temat proporcjonalności, ograniczające się do domysłów, przyznające, że jest to pojęcie niezdefiniowane, „zastane”, „historycznie ukształtowane”, o „dużym stopniu ogólności”.

Jak widać, konstytucjonaliści wiją się jak piskorze i nie potrafią podać definicji podstawowego konstytucyjnego pojęcia, bo też takowej w konstytucji nie ma. Dlaczego jednak zwykłe ustawy muszą mieć definicje pojęć, podczas gdy podstawowe terminy konstytucyjne tkwią zawieszone w pojęciowej próżni? Ta niejednoznaczność konstytucji z 1997 r. jest jednym z argumentów na rzecz jej zmiany. Jak jednak zdefiniować proporcjonalność?

Gdyby chodziło o matematyczną proporcję między liczbą zdobytych głosów, a liczbą mandatów poselskich, to PiS zdobywając w 2015 r. 37,58% głosów powinien mieć ok. 38% posłów w Sejmie, a nie samodzielną większość. Gdyby się trzymać tej wykładni, to obecny Sejm (ale i poprzednie) jako wyłoniony niezgodnie z konstytucją powinien być uznany za nielegalny i rozwiązany w związku z naruszeniem proporcjonalności! „Nie dajmy sobie wmówić, że wprowadzenie JOW-ów wymaga zmiany konstytucji. Gdyby posłowie i sędziowie Trybunału Konstytucyjnego przestrzegali w Polsce konstytucji, to żadna z dotychczasowych ordynacji nie mogłaby być uchwalona” – przeczytałem w ulotce Ruchu na Rzecz JOW, która w 2005 r. przekonała mnie do JOW-ów.

Można się też odwołać do innej wykładni, opartej na normie przedstawicielskiej, na którą powoływał się zresztą przed kilkunastu laty Rzecznik Praw Obywatelskich. A powoływał się w odpowiedzi na kierowane do niego pisma, skarżące obowiązującą ordynację do Sejmu z progiem 5% i przelicznikiem d’Hondta jako niezgodną z konstytucją. Otóż wg. tegoż Rzecznika, którym był prof. Zoll, proporcjonalność może być spełniona, na zasadzie, że liczba mandatów w okręgu jest proporcjonalna do liczby wyborców okręgu. Wydaje się to logiczne: ludniejsze wielomandatowe okręgi mają więcej posłów. Zauważmy jednak, że taka interpretacja proporcjonalności nie wyklucza jednomandatowości, o ile okręgi jednomandatowe będą miały zbliżoną liczbę wyborców!

Do takiej właśnie interpretacji proporcjonalności odwołują się twórcy projektu Fundacji Madisona z 2013 r., który był inicjatywą śp. Mariusza Wisa, by zrobić korektę kodeksu wyborczego i podzielić Polskę na 460 jednomandatowych okręgów o zbliżonej liczbie mieszkańców (patrz: www.madison.org.pl). To nie jest zresztą nowa wykładnia, a już od lat stosowana chociażby w Stanach Zjednoczonych. Tam jednomandatowe okręgi wyborcze są zarówno w wyborach na reprezentanta (posła), jak i na senatora. Wybory reprezentantów są proporcjonalne, bo z poszczególnych stanów wybierana jest proporcjonalna do liczby wyborców w danym stanie liczba reprezentantów. Wybory do Senatu nie są proporcjonalne, bo w każdym stanie wybiera się po 2 senatorów, mimo że liczba wyborców w dużych stanach jest wielokrotnie większa niż w stanach małych.

Taka wykładnia proporcjonalności wyborów została podana już w pierwszych dekadach XX wieku przez wybitnego konstytucjonalistę greckiego Nicolaosa Saripolosa. W naszych warunkach przyjęcie jej w praktyce oznaczałoby trzymanie się zasady, że województwa, które mają więcej mieszkańców miałyby też więcej okręgów jednomandatowych, tak aby na każdy okręg przypadała podobna liczba wyborców. Utworzone proporcjonalnie do liczby wyborców JOW-y, nie wymagające zmiany konstytucji, miałyby też tę zaletę, że ograniczałyby możliwość manipulowania granicami okręgów wyborczych. Przekładając to na obecny kształt sceny politycznej, PiS np. nie mógłby w takim systemie utworzyć więcej okręgów jednomandatowych na Podkarpaciu, gdzie ma wysokie poparcie, aby z automatu wprowadzić więcej posłów. PO gdyby była przy władzy nie mogłaby tego samego zrobić np. na Pomorzu. Tak więc JOW-y nie wymagają zmiany konstytucji, a jedynie zachowania normy przedstawicielskiej, tak aby okręgi jednomandatowe liczyły podobną liczbę wyborców, a nie np. jeden 50 tys., a drugi 100 tys.

Oczywiście wprowadzenie małych okręgów jednomandatowych w wyborach do Sejmu uruchomiłoby też proces oddolnego powstawania wielu nowych ugrupowań politycznych, niekoniecznie partyjnych, które najpierw zdobywałyby pojedyncze mandaty, a potem sięgały po więcej. Na tych już istniejących wymusiłoby zaś zmianę formuły działania i poszukiwanie wielu lokalnych liderów, bo od tego by zależał ich dalszy byt. Ugrupowania, które miałyby wielu lokalnych liderów, a nie tylko pojedynczych wodzów, po kilku kadencjach miałyby ugruntowaną pozycję niczym Partia Republikańska i Partia Demokratyczna w USA czy Partia Konserwatywna i Partia Pracy w Wielkiej Brytanii.  Z obecnych politycznych liderów w Polsce najlepiej zdaje się to rozumieć Paweł Kukiz, który w odróżnieniu od partyjnych wodzów nie gra tylko na siebie, nie narzuca posłom dyscypliny partyjnej i stara się wypromować wiele nowych nazwisk.

Ciekawą kwestią jest to czy w ogóle konstytucyjną zasadę proporcjonalności wyborów powinno się odnosić do wyników wyborów (podział mandatów), czy raczej do warunków wyjściowych do przeprowadzenia wyborów (norma przedstawicielska). O ile jednak normę przedstawicielską można kształtować trzymając się określonych reguł tworzenia okręgów wyborczych (np. tak aby liczba wyborców okręgu przypadająca na jeden mandat poselski nie odbiegała od wartości średniej o więcej niż 10%), o tyle stopień proporcjonalności samych wyników wyborów jest efektem czysto statystycznym. W ramach tej samej ordynacji „proporcjonalnej” wyniki wyborów mogą być mniej lub bardziej dysproporcjonalne.

Prof. Jerzy Przystawa i prof. Czesław Oleksy zrobili przed kilkunastu laty komputerową symulację milionów sytuacji wyborczych metodą Monte Carlo i pokazali jak duży rozrzut indeksu dysproporcjonalności może generować system wyborczy do Sejmu stosowany w Polsce. Określa to tzw. indeks Gallaghera, będący miarą dysproporcjonalności wyników wyborów przy analizie statystycznej podobnej do metody najmniejszych kwadratów stosowanej przez fizyków do analizy wyników pomiarów. Obliczenia wartości tego indeksu dla rzeczywistych wyborów w Polsce, gdzie np. w 1993 r. wyniki były dużo bardziej dysproporcjonalne niż wyniki wielu wyborów w Wielkiej Brytanii, gdzie są JOW-y, są zresztą tego empiryczną próbką.

Przystawa i Oleksy pokazali, że w skali kraju wysoka dysproporcjonalność wyników wyborów nie jest w sensie statystycznym immanentną cechą JOW-ów, tak samo jak duża proporcjonalność nie jest nieodłączną cechą wyborów w systemie list partyjnych. Co jednak istotne, to oba typy ordynacji – i proporcjonalna i większościowa – mogą dać w zależności od wyborów bardzo różne wartości indeksu Gallaghera, więc nie należy utożsamiać proporcjonalności wyników z jednym typem ordynacji. Oczywiście w JOW-ach może się zdarzyć, że partia, której kandydaci zdobędą 38% głosów będzie miała (jak PiS po ostatnich wyborach w Polsce) ponad 50% mandatów, choć może mieć ich też 38% lub np. 30%. To samo może się jednak zdarzyć w ramach obecnej ordynacji, której jakoś sejmowi przeciwnicy JOW-ów nie skarżą jako naruszającej konstytucyjny przymiotnik proporcjonalności wyborów. Z tych samych powodów nie powinni twierdzić, że przejście na system większościowy wymaga zmiany konstytucji.

Przy założeniu, że wszystkie głosy zostały prawidłowo policzone, w sensie konstytucyjnym absurdem byłoby uzależnianie ważności wyborów od ich wyników przy tej samej ordynacji i tym samym podziale na okręgi. Kurczowe trzymanie się „matematycznej” definicji proporcjonalności liczby mandatów przypadających na poszczególne komitety wyborcze do liczby głosów uzyskanych przez ich kandydatów prowadzi do paradoksalnych wniosków przy obu typach ordynacji. Otóż przyjmując jakiś umowny przedział indeksu Gallaghera (czego obecnie nie robią) sędziowie Trybunału Konstytucyjnego lub Sądu Najwyższego mogliby orzekać o zgodności wyborów z konstytucją w zależności od wyników wyborów przeprowadzanych według tej samej ordynacji!

Mam wrażenie, że prawnicy usiłujący narzucić nam taką interpretację, która odnosi proporcjonalność do wyników wyborów, mają dość mgliste pojęcie o opisanych wyżej matematycznych aspektach systemów wyborczych, choć czują podskórnie, że z tą ich wykładnią proporcjonalności wyborów jest coś nie tak, skoro nie potrafią jej nawet sprecyzować. Można jednak z łatwością usunąć te trudności i konstytucyjne paradoksy, które w równym stopniu dotykają obecną ordynację „proporcjonalną”, co i proponowany system w JOW-ach, przyjmując za Saripolosem i amerykańskimi konstytucjonalistami, że proporcjonalność wyborów oznacza proporcjonalność liczby mandatów do obsadzenia do liczby wyborców w okręgu. Współczynnik takiej proporcjonalności daje się – w odróżnieniu od indeksu Gallaghera – unormować ustawowo, a nawet konstytucyjnie, bo możemy z góry określić wąski przedział, w jakim ma się znajdować norma przedstawicielska dla poszczególnych okręgów. Tymczasem przy wynikach wyborów zamiast wąskiego przedziału wartości indeksu Gallaghera mamy rozkład statystyczny, który na wykresie wygląda jak krzywa w kształcie dzwonu (tzw. rozkład Gaussa) i tu zamiast sztywnych widełek możemy co najwyżej określić prawdopodobieństwo wyjścia poza pewien zakres. Ale przecież o konstytucyjności danej ordynacji, w tym aktualnie obowiązującej, nie powinien decydować rachunek prawdopodobieństwa!

Mówiąc o proporcjonalności nie powinniśmy też zapominać, do jakich celów jaka ordynacja została stworzona. Oczywiście w JOW-ach nie chodzi o to, by jakiś ogólnokrajowy indeks dysproporcjonalności był jak najniższy, ale o wyłonienie tego najlepszego kandydata w okręgu, który ponosi czytelną odpowiedzialność przed wyborcami, a w skali kraju stabilnej większości parlamentarnej. Jakość i skuteczność reprezentacji narodowej w polityce jest nie mniej ważna od reprezentacji narodowej w piłce nożnej. Jak trener Nawałka kompletował drużynę piłkarską na Euro 2016, to też nie dbał o to, by była to „proporcjonalna” reprezentacja różnych klubów, które przeszły do Ekstraklasy, ale narodowa reprezentacja najlepszych piłkarzy zdolnych konkurować z drużynami z innych krajów. I o to też chodzi w JOW-ach – o wyłonienie narodowej drużyny zdolnej konkurować z innymi i przejąć odpowiedzialność za wynik, a nie drużyny miernych, biernych, ale wiernych. Z punktu widzenia interesu państwa i jakości zarządzania publicznego jest to podejście optymalne, za którym od lat opowiada się m.in. prof. Witold Kieżun. Jeden z rozdziałów swej „Patologii transformacji” poświęcił właśnie ordynacji wyborczej.

Zauważmy jeszcze, że art. 96 konstytucji mówi też m.in.  że wybory są równe, co nie jest tożsame ze stwierdzeniem, że wyniki wyborów są równe i każdemu komitetowi należy się równa liczba mandatów. Dlaczego więc do wyników wyborów mielibyśmy odnosić przymiotnik „proporcjonalne” z tego samego artykułu konstytucji? Oczywiście zamiast mówić o równym podziale mandatów powinniśmy mówić o równych zasadach zgłaszania kandydatów i wyrównywaniu szans w kampanii wyborczej poprzez wspólne dla wszystkich kandydatów limity wydatków na kampanię wyborczą. Podobnie zamiast mówić o proporcjonalnym podziale mandatów powinniśmy mówić o proporcjonalnym do liczby uprawnionych do głosowania podziale na okręgi, czyli o zachowaniu normy przedstawicielskiej.

Według konstytucji, aby kandydować do Sejmu RP trzeba mieć obywatelstwo polskie i ukończone 21 lat. Ograniczając dostęp do biernego prawa wyborczego do członków partii lub reprezentantów ogólnopolskich komitetów ordynacja proporcjonalna oparta na systemie list partyjnych sprowadza bierne prawo wyborcze do fikcji, bo nie wystarczy mieć obywatelstwo polskie i ukończone 21 lat, aby kandydować. I co komu z tak rozumianej proporcjonalności i pluralizmu, gdy wybiera się spośród już wybranych przez wąskie gremia układające listy wyborcze?

Można to w pewnym sensie porównać do „pluralizmu” w PRL-u, gdzie to nawet kandydaci do Sejmu musieli reprezentować określony odsetek poszczególnych grup zawodowych. Byli więc w Sejmie rolnicy, lekarze, nauczyciele i inni przedstawiciele zawodów, pod warunkiem wszakże, że akceptowali kierowniczą rolę PZPR i przy głosowaniach podnosili ręce jak te manekiny, zawsze zgodnie z linią partii. Nie byli więc ci ludzie autentycznymi reprezentantami swoich grup zawodowych, ale reprezentantami partii. Po 1989 r. rolę przewodnią partii zastąpiono systemem wielopartyjnym, w ramach którego ci rolnicy, lekarze, nauczyciele nie mają do dziś prawa do indywidualnego kandydowania do Sejmu, choć do partii należy mniej niż 1% społeczeństwa. A potem się dziwimy, że ktoś kto jest profesorem zostaje posłem i nie dba o jakość polskiej nauki. Dlatego partie robią to co robią i zachowują się tak jak się zachowują, bo nie ma nad nimi realnej kontroli i realnej konkurencji politycznej.  Czas to zmienić i dlatego mówimy o JOW-ach.

Krzysztof Kowalczyk – uczestnik Ruchu na Rzecz JOW od 2007 r. Wiceprezes okręgu lubelskiego Stowarzyszenia na Rzecz Nowej Konstytucji Kukiz ’15. Oficjalny profil na Facebooku: www.facebook.com/kkowalczyk.6

*** Artykuł ukazał się po raz pierwszy w dodatku do „Kuriera Lubelskiego” pt. „Pogromcy partyjniactwa. Kompendium świadomego wyborcy” dn. 28.12.2016 r.

%d bloggers like this: