WOŁANIE o POMOC dla RODZINY

Witam
Nazywam się Karolina Janowska. Piszę tę wiadomość, ponieważ wraz z moim narzeczonym jesteśmy już bezsilni wobec działań prowadzonych przez m.in. MOPS oraz innych urzędników, a zapoczątkowanych niesprawiedliwie i bezpodstawnie w Wielkiej Brytanii. Z góry uprzedzam, że opowieść będzie dość długa, ponieważ sprawa się ciągnie już jakiś czas.

Zacznę od początku.

Mieszkałam wraz z rodziną (narzeczonym i dwiema córkami) w Wielkiej Brytanii w Swansea, na terenie Walii przez 1,5 roku. Wróciliśmy do Polski w czerwcu tego roku, z powodu bezpodstawnej nagonki Social Services na naszą rodzinę i ich chęci odebrania nam dzieci bez powodu. Moja starsza córka chodziła tam do szkoły i szkoła zgłosiła do SS ślad, przypominający siniak, twierdząc, że sami go zauważyli i są zaniepokojeni, chociaż sama zgłosiłam co się stało, przewrażliwiona z powodu docierających do nas informacji o nagminnym odbieraniu dzieci Polakom i oddawaniu do przymusowych adopcji.

Po powrocie do Polski skontaktowaliśmy się z MOPSem w Legnicy, ponieważ podczas spotkania z Konsulem Generalnych w Manchesterze podpisaliśmy oświadczenie w tej sprawie, że się zgłosimy. Podczas pierwszego spotkania, Pani pracownik socjalny poinformowała, że otrzymali dokumenty z Wielkiej Brytanii i w związku z tym mają obowiązek się z nami skontaktować, w celu ocenienia naszej rodziny. Nie mieliśmy nic przeciwko temu, ponieważ jesteśmy i byliśmy w porządku i nie zrobiliśmy nic złego. Kilka dni później dostaliśmy pismo w sprawie spotkania grupy tzw. niebieskiej karty. Nie dostaliśmy żadnych dokumentów dlaczego zostaje nam taka karta założona.

Byliśmy potem na spotkaniu. Czekaliśmy na rozpoczęcie ponad pół godziny. Okazało się, że osoby obecne na tym spotkaniu musiały się bezpośrednio przed nim zapoznać ze sprawą. Najpierw poproszono mnie. Zapytano, czy wiem dlaczego ta niebieska karta została założona. Zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że nie wiem, ponieważ nie zrobiliśmy nic złego oraz że nigdy nie dostaliśmy żadnych oficjalnych dokumentów ani w Wielkiej Brytanii ani do tej pory w Polsce. Jedna z obecnych pań, zapytała o całą sprawę, więc zaczęłam opowiadać. Druga z Pań nie pozwoliła mi dokończyć, twierdząc, że to spotkanie dotyczy tego jak wygląda nasze życie rodzinne w Polsce, a nie tego co było wcześniej. Gdy zapytałam, w takim razie na jakiej podstawie został złożony wniosek do sądu, skoro nie mogę nic  opowiedzieć, wytłumaczyć, przedstawić nasze dowody, pokazujące nieprawidłowości w działaniach w Wielkiej Brytanii oraz kłamstwa i rozbieżności w ich dokumentach, nie umiała mi odpowiedzieć, ale podkreśliła po raz kolejny, że tu będziemy się zajmować tym co jest teraz a nie tym co było. Zadano mi jeszcze kilka pytań, po czym obecne Panie policjantki (w zastępstwie za Pana dzielnicowego, który był wysłany na jakąś interwencję) stwierdziły, że im się śpieszy, bo kończą zmianę, więc muszą iść, pomimo, że rozmawiano tylko ze mną, a jeszcze została rozmowa z narzeczonym. Pani przewodnicząca spotkania wyznaczyła kolejne, żeby porozmawiać z narzeczonym, bo Panie policjantki kategorycznie stwierdziły, że muszą iść.

Sprawę wysłano do sądu na podstawie dokumentów z Wielkiej Brytanii, do których nie mieliśmy dostępu, ani nie pozwolono nam się w żaden sposób obronić poprzez pokazanie posiadanych przez nas dokumentów, które wykazywały, że jesteśmy w porządku, a w dokumentach z Wielkiej Brytanii mogą być kłamstwa i rozbieżności. Na nasze pytanie o dostęp do dokumentów powiedziano, że możemy napisać podanie o wgląd.

19 lipca dostaliśmy pismo z Sądu informujące nas, że 2 dni po niepoprawnie przeprowadzonym i niedokończonym spotkaniu niebieskiej karty miało miejsce niejawne posiedzenie Sądu Rejonowego Wydział do spraw Nieletnich, gdzie postanowiono wszcząć sprawę o ograniczenie naszych praw rodzicielskich. Udaliśmy się do sądu i z informacji, które udało się nam uzyskać wynika, że takie postanowienie jest faktycznie na podstawie dokumentów, do których nie mieliśmy dostępu, ani wglądu, a nasza chęć przekazania naszych dokumentów została zignorowana.

Udaliśmy się również do oddziału MOPS w celu wyjaśnienia sprawy, to otrzymaliśmy informację, że dokumenty są niejawne. Cała sprawa wyglądała tak, jakby po raz kolejny ktoś chciał coś ukryć i w sprawie tej pracują urzędnicy państwowi działający na szkodę rodziny.

Na początku sierpnia odbyło się kolejne spotkanie niebieskiej karty, na którym w końcu porozmawiano z moim narzeczonym. Tak samo jak poprzednio nie dano mu nic opowiedzieć o sytuacji w Wielkiej Brytanii.

Po tym spotkaniu mieliśmy kilka wizyt. Pani kurator sądowy,  która stwierdziła po rozmowie z nami, rozmowie z córką i wysłuchaniu nas, że nie widzi podstaw wszczynania sprawy, ale skoro już sprawa trafiła do sądu, to musimy cierpliwie na nią poczekać. Na koniec stwierdziła, że powinna się zjawić u nas raz jeszcze, ale nie widzi takiej konieczności. Drugą osobą była Pani policjantka z wydziału do spraw przestępstw wobec nieletnich. Podobnie jak Pani kurator, stwierdziła, że nie widzi podstaw do postępowania i że taką wyda opinię. Oczywiście była też Pani z MOPSu oraz Pan dzielnicowy, oboje kilkakrotnie.

Zmęczeni całą tą sprawą, sfrustrowani już wręcz zgłosiliśmy się do lokalnych mediów o pomoc w celu nagłośnienia sprawy, aby  jakoś spróbować wpłynąć na działania MOPS. 

Udało nam się wskórać tyle, że przed Panią dziennikarką Pani przewodnicząca komisji stwierdziła, że nagle możemy zobaczyć dokumenty. A bez tego jakoś nie można było.

Mimo tego zapewnienia jednak MOPS niczego nam nie udostępnił. Uzyskaliśmy wgląd w dokumenty z Wielkiej Brytanii dopiero w Sądzie. Z tego co tam zostało wysłane, większość dokumentów to były kłamstwa i przekręcone fakty, na co mamy dowody. Ale nikt nas nie chciał słuchać.

Od września córka zaczęła uczęszczać tu do szkoły podstawowej, do klasy 1. Niedługo po rozpoczęciu roku szkolnego Gabrysie poproszono do Pani pedagog, w celu przeprowadzenia rozmowy w ramach sprawdzenia, czy wszystko jest w porządku. Pani pedagog stwierdziła, że jej zdaniem również nie ma powodu do prowadzenia postępowania, ale to nie leży w jej władzy. Od tamtej pory, aż do teraz przepytywała Gabrysię kilkukrotnie, na polecenie grupy roboczej niebieskiej karty.

Rozprawa miała miejsce 10 października. Wyrok brzmi następująco (w skrócie): Sąd postanawia stwierdzić brak podstaw do ograniczenia władzy rodzicielskiej mi i narzeczonemu.

3 dni po rozprawie miała miejsce kolejna grupa robocza bez naszego udziału. Nikt z tam obecnych nie skontaktował się z Sądem w celu ustalenia wyroku. Zadzwoniono do nas, powiedzieliśmy co stwierdziła Pani Sędzia. Nie zamknięto niebieskiej karty.

Od tamtej pory do teraz mieliśmy znów kilka wizyt Pani z MOPS oraz dwukrotnie więcej wizyt Pana dzielnicowego, np. w sobotę rano, jak narzeczony wrócił z nocnej zmiany w pracy.

W listopadzie odwiedził nas patrol Policji, wezwany przez sąsiadów z bloku naprzeciwko, którzy rzekomo coś widzieli przez okno, że córka była bita kijem. Nadmienię, że blok jest kilkadziesiąt metrów od naszego, a w oknach mamy firanki. Tak się składa, że ćwiczyliśmy z córką utrzymywanie prostej postawy oraz proste chodzenie, ponieważ po bilansie zrobionym w szkole okazało się, że ma krzywy kręgosłup. Takie ćwiczenia sama miałam zalecane jako dziecko, bo też miałam krzywy kręgosłup. Sąsiedzi zobaczyli dziecko, kij i zrobili bezsensowną aferę. Panowie policjanci oczywiście zostali wpuszczeni, pokazaliśmy córkę, obejrzeli ją dokładnie, że jest cała, nic jej nie jest i nie ma żadnych śladów bicia, ani nic z tych rzeczy. Od razu, żeby nie było niejasności poinformowaliśmy, że mamy tę niebieską kartę. Na drugi dzień przyszedł Pan dzielnicowy, w tej sprawie. Powiedział, że według notatki sporządzonej przez ten patrol, policjanci stwierdzili, że nie było podstaw wzywania, dziecko całe nic mu nie jest. Zaproponowałam Panu dzielnicowemu, że pokażę córkę, że nic jej nie jest i nie ma żadnego śladu po jakimkolwiek biciu, bo przecież gdyby było tak jak się wydawało sąsiadom, że była bita kijem, to miałaby jakiekolwiek ślady. Pan dzielnicowy z grubsza obejrzał i stwierdził, że skoro patrol napisał w notatce, że nic nie stwierdzili, to tak jest. Była również Pani z MOPS, opowiedzieliśmy co się stało. W szkole córka normalnie ćwiczyła na w-f i pani wychowawczyni miała okazję ją oglądać podczas przebierania.

Przed samymi świętami Bożego Narodzenia dostaliśmy wezwanie do Sądu na 2 lutego tego roku, pod takim samym „zarzutem”, sprawa z urzędu o ograniczenie praw rodzicielskich. Czyli, pomimo, że 1 sprawa była o to samo i stwierdzono brak podstaw, 2 sprawa również o to samo.

Skontaktowałam się z MOPSem z zapytaniem o co chodzi, to dostałam odpowiedź, że oni nic na ten temat nie wiedzą. Zadzwoniłam do Pana dzielnicowego, który stwierdził, że ponieważ mamy niebieską kartę, to skoro był u nas patrol, to z automatu to poszło do sądu. Pomimo notatki patrolu, że nic takiego nie miało miejsca, oraz opinii dzielnicowego i pani z MOPS,

18 stycznia miała miejsce kolejna grupa robocza niebieskiej karty, oczywiście bez naszego udziału. Przed nią była u nas Pani z MOPS, stwierdziła, że jej zdaniem powinni już to zamknąć, ale ponieważ kolejna sprawa w sądzie, 2 tygodnie po spotkaniu, to pomimo prawomocnego wyroku z pierwszej, na pewno nie zostanie niebieska karta zamknięta.

2 lutego miała miejsce rozprawa. Na siłę weszły na nią osoby, które nie były wzywane, a które praktycznie nie mają z nami do czynienia. To moja matka i mój brat. Pani sędzina zgodziła się, żeby weszli i zeznawali. Ponieważ nie utrzymujemy kontaktu, więc nie mogli stwierdzić, że widzieli coś złego. Jedynie twierdzili, że ktoś coś widział słyszał, że u nas się źle dzieje. A zapytani, kto widział, twierdzili, że w tej chwili nie pamiętają. Gdy zaoponowałam, że nie utrzymujemy kontaktów i że nie mogą nic o nas wiedzieć, to pani sędzia nas zignorowała. Jak zapytaliśmy, czy możemy przedstawić dowody, że oni kłamią, to pani sędzina stwierdziła, że przedstawić możemy, ale ona niekoniecznie weźmie to pod uwagę.  

Moja matka nigdy nie lubiła mojego narzeczonego. Postawiła sobie za cel życiowy nas rozdzielić. Nie miała żadnego powodu, żeby go nie lubić, bo go tak naprawdę nigdy nie poznała. Rozmawiali 2 razy w życiu, po czym stwierdziła, że to nie facet dla mnie, bo jest ciut niższy ode mnie, prawie łysy (albo łysy jak się ogoli), do tego cukrzyk.

Po rozprawie złożyliśmy stosowne wnioski dowodowe oraz zażalenie o zmianę sędziego, ze względu na jej lekceważenie czegokolwiek co mieliśmy do powiedzenia.

Tydzień później (23 lutego) zjawiła się u nas policja, w celu siłowego doprowadzenia Darka do prokuratury na przesłuchanie. Wcześniej ani razu nie był wzywany dobrowolnie, bo oczywiście by się stawił. Wyprowadzono go w kajdankach, jak jakiegoś bandytę. Był po nocce, 12 godzinnej zmianie i zdążył przespać niecałe 3 godziny, nawet nic nie zjadł, nie wziął leków. Dla mnie policjanci zostawili wezwanie na przesłuchanie na dzień kolejny. Nie wyjaśniono nic, dlaczego to ma miejsce. Zatrzymanie miało miejsce w obecności dzieci, które były wystraszone i nie wiedziały co się dzieje.

Po kilku godzinach zjawił się policjant, który zabierał Darka i podstępem zmusił mnie do wydania Darka leków, mówiąc że mnie o to prosił, chociaż potem się okazało, że mieli problem zdobyć dla niego insulinę, więc musieliby go wypuścić tego samego dnia. A tak wypuszczono go dopiero na drugi dzień. Mimo, że policjant stwierdził, że powinien wyjść tego samego dnia.

Na drugi dzień najpierw pan prokurator przesłuchał mnie. Powiedział, że Darka zatrzymano na podstawie listopadowego zdarzenia. Oprócz zeznań sąsiada z bloku o kilkadziesiąt metrów od naszego, miał anonimowy donos, od kobiety, że ona wie, że u nas się dzieje coś złego, chociaż nie ma na to dowodów. Napisany słowami mojej matki. Pan prokurator sam przyznał, że miał z nią do czynienia. Od samego początku sugerował, że Darek się nade mną na pewno znęca psychicznie i fizycznie i że mam to przyznać. Przesłuchanie trwało 3 godziny i przez cały ten czas prokurator naciskał, żebym przyznała to co wymyślił, wręcz próbował mnie do tego zmusić. Nie słuchał zupełnie moich wyjaśnień, że to wszystko bzdury, że Darek nic dziecku nie zrobił, że przecież policjanci byli, sprawdzili, tak samo potem widziało ją i oglądało kilka osób. Twierdził, że to nieistotne. Wyciągnął dokumenty z Wielkiej Brytanii i m. in. próbował dołożyć do oskarżenia, złamanie nogi przez Gabrysię. Tak się składa, że akurat złamała nogę na spacerze z moim bratem. Jak powiedziałam to panu prokuratorowi, to trochę się zmieszał ale ciągnął dalej naciskanie na mnie. Oprócz tego stwierdził, że po tym zdarzeniu w listopadzie córka miała jakieś ślady, siniaki, co jest nieprawdą i tak samo m.in. pytana później przez policję wychowawczyni powiedziała, że nic takiego nie było. Zapytałam, czy prokurator ma dzieci, zaprzeczył, więc przyznałam, że nie rozumie jak to jest wychowywać. Przyznałam, że Gabrysia jest uparta, czasem leniwa i wielokrotnie trzeba ją prosić, żeby coś zrobiła i zdarza się na nią ostrzej nakrzyczeć, nawet powiedzieć, że dostanie lanie. Ale zawsze kończy się to na mówieniu i nikt jej nie robi krzywdy.

Po kilku godzinach przesłuchano Darka. Pan prokurator na wstępie powiedział: przyznaj się to szybko zamkniemy sprawę. Oczywiście nic nie zrobił, więc się nie przyznał, a prokurator dalej uparcie drążył swoje. Że nie ważne są opinie wszystkich naokoło, że nic u nas złego się nie dzieje. Że nie ważne są dowody na naszą niewinność, czyli zeznania osób, które po „zdarzeniu” miały do czynienia z nami, z córką, oglądały ją i nie stwierdziły czegokolwiek. Nie ważne są dowody w postaci skierowania do poradni i stwierdzenia skoliozy. Liczy się to, że ktoś coś widział i anonimowy donos, że u nas się dzieje źle, chociaż ta osoba nie może tego potwierdzić.

Skończyło się tym, że Darek dostał na 2 miesiące zakaz zbliżania się do starszej córki, nakaz opuszczenia mieszkania oraz dozór policyjny, 4 razy w tygodniu. Nikogo nie obchodzi gdzie on pójdzie, co zrobi. Na moje pytanie, gdzie ma się podziać, otrzymałam odpowiedź: może iść do noclegowni.

W tej chwili, dzięki uprzejmości naszych znajomych, nocuje na terenie ich firmy, śpi na materacu, nie ma tam nawet łazienki. Myje się w misce, je suchy prowiant i zupki błyskawiczne. Żeby się porządniej umyć, musi czekać aż pójdzie do pracy. Pracuje na 12 godzinne zmiany, a 4 razy w tygodniu musi się stawić na dozór, na drugi koniec miasta. Wynajęliśmy prawnika, co znacznie zmniejszyło nasz budżet domowy, dlatego nawet nie myśleliśmy o wynajęciu mu jakiegoś pokoju.

Według prokuratora, może za ten czas ja zmienię zdanie i jednak stwierdzę to, do czego próbował mnie zmusić.

Gabriela bardzo cierpi przez to wszystko, tęskni za tatą i nie rozumie dlaczego nie może się z nim widzieć i nie może on być z nami. Ciągle ma nadzieję, że do jej urodzin (8 kwietnia) tata wróci do domu. A jak nie na urodziny to może na Wielkanoc. Zdarza jej się płakać w domu i w szkole, bo tęskni za tatą, którego nie może widzieć. Młodsza córka, Zosia też przez całą sytuację jest bardziej nerwowa i marudna, nie chce w nocy spać. Ma możliwość widzieć tatę, gdy Gabrysia jest w szkole. Ale nie może to być w domu, w miejscu bezpiecznym.

Mi również jest bardzo ciężko. Zostałam z dwójką dzieci w domu sama i mimo, że jest ich ojciec to nie może w niczym pomóc. Dzieci są drażliwe, marudne, a ja muszę być silna dla nich i dla Darka. Prokurator bez najmniejszego dowodu ani powodu chce zniszczyć normalną, kochającą się rodzinę.

1 marca Darka wysłano na badanie psychiatryczne, czy jest poczytalny. Żaden z lekarzy nie stwierdził, że coś z nim nie tak, ani nie stwierdził, ze jest on zdolny do przemocy wobec dzieci. Również po analizie mojego zeznania w prokuraturze stwierdzono, ze tu nie ma żadnych znamion przemocy.

Później, 7 marca mieliśmy rodzinne badanie przez biegłego psychologa. Sprawdzano jak się dzieci zachowują w naszej obecności, z jednym z nas, potem z drugim, a potem same. Córka rysowała rysunki i miała je opisywać. Robiliśmy testy psychologiczne. Jeszcze nie mamy końcowej opinii, ale z tego co mi wiadomo, nie było w tym nic nieprawidłowego u nas w rodzinie.

8 marca zjawił się dzielnicowy twierdząc, że któryś z sąsiadów widział, że Darek przebywał w domu w nocy, co jest nieprawdą, bo nie chcielibyśmy narażać go na zamknięcie. Oprócz tego, w miejscu gdzie przebywa jest monitoring i właściciele tej firmy potwierdzili, że on tam jest każdej nocy. Także absurdalnie oskarżyli, że tej samej nocy, kiedy rzekomo był w domu, starsza córka płakała. Tak się składa, że obie córki mieszkają w tym samym pokoju i tej nocy płakała młodsza, najpierw na mleko, a potem miała problem z brzuszkiem i chwilę trwało zanim jej przeszło i zdołałam ją uspokoić. Ale oczywiście ktoś inny wie lepiej. Zgłoszono to do prokuratora, że podobno przebywał w domu i dostał kolejne wezwanie, a prokurator już był gotowy go zatrzymać. Nie otrzymał informacji, że zostało zdementowane to, że nie przebywa w innym miejscu i że byli pytani o to nasi znajomi, którzy mu udostępniają to miejsce. Gdy się o tym dowiedział, to niestety nie mógł go zatrzymać, ale nadal nie przyjmuje do wiadomości, że są świadkowie i dowody, na Darka niewinność a nie ma żadnych dowodów jego winy.

21 marca córka Gabriela była przesłuchana w tzw. bezpiecznym pokoju przez sędziego oraz drugiego biegłego psychologa. Przed przesłuchaniem pojawił się prokurator, bardzo pewny siebie. Wprowadził celowo w błąd sędziego przez panią protokolant, twierdząc, że nie wiedział, że Dariusz ma prawnika, którego sam zatrudnił, a tylko tego przyznanego z urzędu, chociaż kilka dni wcześniej Dariusz wraz z panią prawnik byli u prokuratora. W związku z tym wprowadzeniem w błąd, nasza Pani prawnik nie dostała oficjalnych informacji o tym przesłuchaniu. Na szczęście nie musieliśmy się obawiać tego co powie Gabrysia, ale sam fakt takiego zachowania prokuratora pozostawia wiele do życzenia. Dostaliśmy już informację, że oczywiście nie powiedziała nic obciążającego, jednak nadal musimy czekać na oficjalną opinię. 

Tego samego dnia miała się odbyć druga sprawa w sądzie. Jednak nie odbyła się ze względu na to, że składaliśmy wniosek o odwołanie sędziego, pomimo, że wniosek został odrzucony. 14 marca miało miejsce posiedzenie sądu, które nasz wniosek odrzuciło, a do nas dotarła informacja o tym dopiero 17 marca, czyli kilka dni przed rozprawą. Okazało się, że musimy oboje odebrać listy, każde z osobna. A ponieważ listonosz nie zostawił awizo, to dopiero o liście do mnie dowiedziałam się w sądzie. Dlatego odrzucenie wniosku o zmianę sędziego uprawomocni się tydzień od 21 marca i dopiero będzie można ustalić nowy termin. Czyli kolejny powód do przedłużenia i przeciągania całej sprawy.

Oprócz informacji, że na kolejną rozprawę musimy czekać, otrzymaliśmy opinię biegłego psychologa, na podstawie badania z 7 marca. Opinia jednoznacznie stwierdza, że Gabriela nie jest ofiarą przemocy, a informacje zaprzeczające oskarżeniom świadka są nieprawdziwe. Psycholog stwierdził, że Gabrysia mówi prawdę na ten temat i jest szczerze zżyta i związana z rodziną.

23 marca dostaliśmy informację, że prokurator przekazał do sądu zażalenie na postanowienie, że ma opuścić mieszkanie, dozór policyjny i zakaz kontaktu z córką Gabrielą. Fakt ten powoduje kolejne przesunięcie zamknięcia sprawy.

Udało nam się uzyskać informacje dotyczące pseudo „świadka” pana Janickiego. Okazało się, że postrzegany jest przez sąsiadów jako osoba aspołeczna. Nikogo nie zaprasza do domu, nikt go nie odwiedza, bardzo rzadko wychodzi z domu. Oprócz tego, nie jesteśmy jedynymi ludźmi z okolicy, co do których pan Janicki wysnuł jakieś bezpodstawne oskarżenia. Oczywiście, prokurator w ogóle tego nie sprawdził.

Wszystkie te działania, zachowania są dla nas męczące, uciążliwe i krzywdzące. Nie zrobiliśmy nic złego, kochamy nasze dzieci i dbamy o nie. Nie krzywdzimy. Czasem zdarzy się nakrzyczeć na starszą córkę jak nie słucha, ale to wszystko. Cała ta ciągnąca się sprawa wykańcza nas psychicznie i fizycznie. Narzeczony ma problemy z żołądkiem, ja też. Ostatnio zaczął wymiotować z krwią, lekarz chciał go wysłać do szpitala, ale ze względu na zbliżającą się rozprawę (kontynuacja tej z 2 lutego), powiedział, że na razie nie pójdzie. Nasze denerwowanie się też nie ma dobrego wpływu na dzieci. Gabrysia się pyta, kiedy dadzą nam spokój. Jakiś czas temu jej wychowawczyni, która nas popiera w 100%, powiedziała mi, że mieli na lekcjach temat o marzeniach. Gabrysia na pytanie, jakie ma marzenie odpowiedziała, że chciałaby, żeby w końcu zamkniętą niebieską kartę i dano nam spokój. Popłakałam się jak to usłyszałam, bo nie wiem jak pomóc dziecku, które powinno myśleć o zabawie, wakacjach, bajkach i szkole, a nie o tym wszystkim co się dzieje. Cała ta sprawa zszargała też nasze dobre imię.

 

Przepraszam za tak dużą ilość tekstu, to i tak jak najbardziej skrótowo, na temat naszej sprawy. Już tracimy siły.

Czy ktoś może nam pomóc?

Karolina Janowska

cien100787@gmail.com