Wszystkie wpadki Ryszarda, czyli opowiadanie o pewnym polityku-ekscentryku.

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe (jak to często w opowiadaniach bywa).

Po zaśnieżonym chodniku gdzieś w centrum Warszawy, unikając wzroku przechodniów, szybkim krokiem poruszał się mężczyzna odziany w płaszcz z najnowszej kolekcji jednej z topowych zagranicznych marek. Kiedy starał się zasłonić twarz polietylenowym kołnierzem, by pozostać nierozpoznanym, spod lewego rękawa wysunął się złoty Rolex, który swoim kolorem wyraźnie kontrastował z zimowym, białym otoczeniem. Płatki śniegu delikatnie spadały na wystylizowaną fryzurę, a zimny wiatr szorstko ocierał się o dopiero co muśniętą portugalskim słońcem skórę. W obliczu mrozu na twarzy mężczyzny pojawił się grymas chłodnego niezadowolenia, mimo iż jego skórę chronił profesjonalny makijaż, zrobiony kilkadziesiąt minut temu na potrzeby programu telewizyjnego. Zależało mu tylko, by jak najszybciej dotrzeć do celu swojej krępującej podróży i pozostać niezauważonym. Niestety, jego płonne nadzieje rozpadły się w jednym momencie, zupełnie jak Trybunał Konstytucyjny w rękach PiSu, kiedy zza zgarbionych pleców wyjechał rowerem starszy, skromnie ubrany mężczyzna.

– Dzień dobry – wypalił butnie zdyszanym głosem nieoczekiwany towarzysz drogi. – Przyjechałem, bo ma Pan pieniądze rozdawać niby za wyjście na ulicę.

– Proszę mnie nie pytać teraz – odchrząknął zaskoczony i lekko przestraszony elegancki mężczyzna.

– Panie, ale ja się wystałem pod tym Sejmem, a zimno jak cholera i… – kontynuował nachalnie rowerzysta.

– Wszystko jest na razie na papierze w power poincie, tzn. w programie, na którym można bardzo dużo slajdów dodać, można niektóre z nich usunąć – przerwał mu wyraźnie zdegustowany sytuacją mężczyzna. – Niech Pan to weźmie pod uwagę i nie zachowuje się jak zakompleksiona maturzystka.

Po tym mistrzowskim wybiegu, którego nie powstydziłby się sam Machiavelli, wyraźnie dumny z rozwiązania sytuacji, mężczyzna ruszył ponownie przed siebie szybszym krokiem, zostawiając oniemiałego rowerzystę z samym sobą i wszędobylskim mrozem. W duchu czuł wyraźną ulgę, ponieważ, po przejściu kilkudziesięciu metrów, ukradkowe spojrzenie nie dostrzegało wokół kolejnych nieproszonych gości. On sam, w całym swoim wspaniałym jestestwie, stanął wreszcie przed bramą kamienicy, stanowiącej cel jego wędrówki.

Syzyfie, otwórz się – wymówił w myślach zrozumiałe tyko dla siebie zaklęcie, po czym szybkim, energicznym ruchem otworzył dębowe drzwi i przekroczył próg niewyróżniającego się budynku.

Dzień dobry – odezwał się lekko zdyszany do recepcjonistki, kiedy, po pokonaniu kilkudziesięciu krętych schodków, wszedł do gustownie urządzonej poczekalni na pierwszym piętrze. – Nazywam się Ryszard…

Tak, wiem – przerwała mu nieśmiało dziewczyna, która na jego widok dostała na twarzy wyraźnych rumieńców. – Proszę schować płaszcz w szafie i wejść do gabinetu, nasz specjalista Pana oczekuje…

Wszyscy wszystko wiedzą – pomyślał Ryszard, nie zwracając uwagi na emocjonalną reakcję atrakcyjnej dziewczyny.

Po chwili zastanowienia spojrzał lekko przestraszony na mebel, w którym miało spocząć jego odzienie wierzchnie. Wolał mieć je przy sobie, ale czuł się lekko bezsilny wobec polecenia recepcjonistki. Zdjął zatem niepewnym ruchem płaszcz i powiesił w szafie, po czym poprawił elegancką, niebieską marynarkę. Cała droga prowadząca do tego miejsca była ciężka, ale najtrudniejsze wydawało się przekroczenie progu gabinetu. Nie miał jednak wyjścia, uznał bowiem, że głupio wyglądał stojąc bezradnie między recepcjonistką a szafą… Nie ufał za grosz obu.

 Raz frankowi skok – sparafrazował w swoim stylu popularne powiedzenie i ruszył na miękkich nogach w stronę budzącego lęk celu, który jednak wydawał się (w obliczu ostatnich wydarzeń) jedyną deską ratunku.

Dzień dobry, śmiało, proszę się nie bać. Nie ugryzę – powitał go łagodny i dziwnie relaksujący głos, kiedy dwiema stopami stanął w gustownie urządzonym gabinecie. – Panie Ryszardzie, jest Pan znaną osobą, wiele podobnych już u mnie gościło. To nic krępującego. Proszę spocząć wygodnie na kozetce.

Dzień dobry, dziękuję – zająknął się widząc przed sobą siwego mężczyznę, usadowionego na skórzanym fotelu. Przechodząc obok niego zachował jednak ostrożność, nie był bowiem pewien czy żart o gryzieniu, nie stanowił przypadkiem jakiegoś podstępu. Odetchnął głęboko z ulgą dopiero, gdy usadowił się we wskazanym miejscu z nieposzarpanymi zębami nogawkami. Wzrok skierował najpierw w obity boazerią sufit, a następnie na ścianę przyozdobioną biało-czerwonym sztandarem.

– Piękna europejska flaga – westchnął z rozrzewnieniem.

– Podoba się Panu, budzi miłe uczucia? – zapytał siwy mężczyzna, siedzący spokojnie w cieniu.

– Wie Pan, Europa jest wspaniała, lepsze rzeczy są w niej produkowane – odpowiedział zatapiając się na chwilę we wspomnieniach. – Pierwsze buty kupiłem w Niemczech i szybko się rozwaliły.

Jego słowa wywołały jednak krępującą ciszę, nie tego się spodziewał. Chcąc zatem przełamać impas i nie ujawniać narastającej w nim niepewności, postanowił zagaić – Jestem bardzo wdzięczny, że zgodził się Pan ze mną spotkać w Święto Sześciu Króli. Cieszę się oczywiście, że to nie gabinet ginekologa, do którego, co straszne w tych czasach, dziewczyna czy chłopak musi iść z rodzicami.

– Co prawda mojej specjalności nie obowiązuje przysięga Hipokratesa, ale traktuję swój zawód jako powołanie. Niech Pan nie dziękuje – przerwał wreszcie ciszę psychoterapeuta, pomijając ciekawą teorię swojego nowego klienta odnośnie specjalizacji ginekologicznej. – Proszę się zrelaksować, pomyśleć o bezpiecznym miejscu i nakreślić mi powód tak nagłej wizyty. Sufit na głowę na pewno nie spadnie – kontynuuował łagodnie, niewinnym żartem pragnąc rozładować napięcie, które obserwował u gościa.

Dobrze… – odpowiedział Ryszard niepewnie, na wszelki wypadek zasłaniając twarz ramieniem (gdyby jednak sufit, jak na złość, zdecydował się runąć). – Wszystko zaczęło się w 2015 roku…

Niech Pan tylko nie przerywa, nie zastanawia się dlaczego milczę. Będę analizował słowa i zabiorę głos w odpowiednim momencie – podkreślił sympatycznym głosem terapeuta.

Tak więc w mojej głowie zaświtał pewien pomysł, przełomowy dodam nieskromnie – kontynuuował wyraźnie ośmielony Ryszard, a jego słowa zaczęły przybierać formę kwiecistego monologu. – Nowoczesny kraj, nowocześni obywatele, nowoczesna przyszłość. Hulaj dusza, frank jest tani. Powołałem do życia fundację, równie nowoczesną jak moje wyobrażenia. Byłem pełen wiary, nadziei, optymizmu i radości. Szczęśliwy, mówiąc krótko. Na bazie fundacji utworzyłem ugrupowanie polityczne – nowoczesne, nie muszę chyba dodawać. Wokół tego zaczął tworzyć się nowoczesny ruch, efektywnie przechodzący w nowoczesną partię polityczną. Uznałem, że jestem nowoczesną alternatywą dla przestarzałego systemu i zostałem nowoczesnym kandydatem na posła. Ludzie wybrali mnie do Sejmu RP, ponieważ prowadziłem, a jakżeby inaczej, nowoczesną kampanię.

Nowoczesny… – rozległ się cichy pomruk za jego plecami.

Słucham? – Ryszard poczuł lekkie wybicie z rytmu, ale nasłuchiwanie nie przyniosło żadnej odpowiedzi, toteż kontynuuował. – Moje szczęście kończy się właśnie w tym momencie – po jego policzku spłynęła drobna, krystaliczna łezka drążąc cienki tunel w nałożonym na twarz makijażu. – Nie wiem dlaczego to wszystko tak się skomplikowało? – zawiesił na dłużej głos.

Proszę kontynuować. Jestem tu, by Pana wysłuchać. Co jest powodem wspomnianych komplikacji? – zachęcił relaksujący głos.

W sejmie otaczają mnie staroświeccy ludzie, jestem dla nich chyba zbyt nowoczesny. Za dużo złych rzeczy działo się ostatnio w Polsce, a ja po wyborach parlamentarnych chciałem zasypać te wszystkie rowy, które powstały – Ryszard wrócił na właściwe tory opowieści po słowach otuchy, jakie padły chwilę wcześniej. – Przede wszystkim ten Paweł. Po prostu żyć mi nie daje. Doszło do tego, że nazwał mnie publicznie Petrusem – tu mimowolnie na twarzy Ryszarda pojawił się uśmiech. – Przyznam, nawet mi się to spodobało, zabrzmiało tak starożytnie, doniośle, rzymsko. Poczułem się trochę jak Juliusz Cezar jadący na rubikoniu. Wydaje mi się nawet, choć to trochę buńczuczne, że cesarstwa, które, jak uczy historia, upadają w latach swojej świetności za moich rządów istniałyby do dzisiaj.

Na chwilę pogrążył się w myślach, widząc oczami wyobraźni swoją osobę, walczącą z pogromcami Rzymu, słynnymi Galami – Asterixem i Obelixem. – Nawet wspomagając się magicznym napojem, nie uporaliby się ze mną. Moje wojska, złożone m.in. (a niech mnie!) z kobiecej oficer Klaudii – katowałyby, tratowałyby, męczyłyby, dręczyłyby, smagałyby, poniewierałyby, trułyby i wycierały wrogami i galisjkimi prezesami podłogę.

Panie Ryszardzie? – nagle jego uszu dobiegł głos, wydobywający go z metafizycznych zaświatów konstrukcji myślowych.

Ach, przepraszam – odchrząknął speszony i powrócił do monologu. – Ja i moja partia jesteśmy nowocześni. W sprawie przerywania ciąży do 20-12 miesiąca nie było dyscypliny klubowej, bo to sprawa światopoglądowa. Tu chodziło o ustawę z zapisem, który uniemożliwi wykonywanie zabiegu ciąży. To coś złego? – zapytał retorycznie. – Polacy zachowują się jakby byli w „Sejmie Głuchym”, pozostając niewrażliwymi na moje obawy i postulaty, a przecież zdrowie może skończyć się życiem…

A opozycja? Jest Pan w niej ważną postacią, to musi rodzić presję – przerwał mu niespodziewanie głos psychoterapeuty, próbującego skierować rozmowę na właściwe tory.

Przepraszam, po prostu uwielbiam historię, byłem z niej prymasem – starał się nie tracić rezonu Ryszard. – Tak więc KOD… angażując się w ten projekt czułem, jakbym był Leonardem diCaprio malującym „Mona Lizę z łasiczką”. Ta inicjatywa miała ostrzec Polaków przed PiSowskim zamachem, takim samym jak ten majowy z 1936 r. Głowa psuje się od góry, a na górze stoi Jarosław – tu stracił panowanie nad sobą, za co po sekundzie zganił się myślach – To takie pączkowanie, tak rozwija się każdy grzyb. Mnie się wydaje, że to chyba wszystko chodzi o Smoleńsk…

– Panie Ryszardzie, to jest wiedza czy domniemanie? – spokojnie zapytał siwy mężczyzna.

– Domniemanie… ja nie mam wiedzy takiej. Nie wiem czy to ja sam wymyśliłem, czy nie. Nieważne, mówię jak uważam – odparł lekko zaskoczony Ryszard. – Czy mógłbym prosić o 15 procent przerwy? Chciałbym skorzystać z toalety – zapytał szybko, gdyż poczuł, że z niewiadomych powodów zaczyna w nim narastać lęk.

– Nie powinniśmy przerywać spotkania… – odpowiedział terapeuta. – Jeśli jednak czuje Pan taką potrzebę…

– Dziękuję – odetchnął Ryszard z wyraźną ulgą. – Bałem się, że i tutaj obowiązuje ustawa dezubikacyjna.

Tu zrobimy krótką przerwę, ponieważ chociaż nasz „bohater” jest wszędzie, my nie chcemy towarzyszyć mu w każdej sytuacji. Zatem…

Ryszard, wychodząc z toalety, wyraźnie wyluzowany spojrzał ponownie na recepcjonistkę. – Czy mógłbym prosić o coś do picia?

– Herbaty? – zapytała dziewczyna zauroczona znanym ze wszystkich telewizji mężczyzną.

– Z przyjemnością – odpowiedział. – Co prawda najlepszym sposobem na czkawkę jest unikanie czkawki, ale… Proszę tylko nie starać się zakręcić filiżanką w szklance bez cukru.

Recepcjonistka patrzyła na niego jak w obrazek. Po nalaniu wody do czajnika zdobyła się jeszcze na heroiczne pytanie. – Czy da mi Pan autograf? Mam już jeden, byłego premiera, ale ten będzie wyjątkowy.

– Oczywiście – Ryszard uśmiechnął się charakterystycznie i wyciągnął długopis. – Nie byłem co prawda zwolennikiem rządu Donalda, który teraz jest szefem… prezydentem Unii Europejskiej, tzn. przewodniczącym Rady Europy… Nieważne, mam to w komórce.

– Dziękuję – odparła zachwycona recepcjonistka przyciskając podpisaną kartkę papieru do piersi. – Herbata będzie czekała na Pana po skończonej wizycie.

Ryszard z wdzięcznością skinął głową, po czym ruszył, by kontynuować spotkanie. – Jedziemy dalej – ogłosił uroczyście wchodząc ponownie do gabinetu, zacierając ręce i sadowiąc się we wskazanym wcześniej miejscu.

– Może porozmawiajmy o tym, co ostatnio wywołało olbrzymią burzę w mediach. Chodzi o podróż na Maderę z posłanką… – zaproponował specjalista, kiedy bohater opowiadania ponownie ułożył się na kozetce.

– Proszę Pana – przerwał Ryszard lekko wytrącony z równowagi. – Znudziły mnie wyjazdy z Warszawy na południe… Góra Kalwaria, Polska B. Nie wiem czy przejeżdżał Pan tamtędy. Tam już widać, że jest inaczej, a im bardziej w głąb, Ciechanów, Łomża, to naprawdę żałość.

– To chyba na północ od Warszawy – zasugerował zaciekawiony specjalista.

– Nieważne – kontynuował Ryszard. – Na świecie jest sto trzydzieści parę krajów. David Kamerun zaproponował Portugalię. A że planowałem prywatny wyjazd za prywatne pieniądze, poleciałem z posłanką bez jej oraz moich pociech. Pan myśli, że wakacje nad morzem to dla dzieci jest?

– Nie oceniam – odpowiedział specjalista. – Pozowli Pan jednak, że spytam o reformę edukacji…

– Ależ proszę – rozochocił się Ryszard. – Ja też byłem 8-4. Też byłem w podstawówce 8 lat, potem 4 lata gimnazjum, ale od samego mieszania w szklance nie zmieni się słodkość herbaty. Tam nie ma cukru…

Dość! – terapeuta niespodziewanie przerwał – Wystarczy…

Ale jak to? – wyraźnie zbity z tropu Ryszard zrobił dziwną, zaskoczoną minę. – Przecież walczę o demokrację, naszą konstytucję, która ma już 225 lat.

Minął Pana czas. Uważam, że ogólnie pan się mija… – terapeuta westchnął bezsilny. – Z prawdą.

– Protestuję! Wybrnąłem – Ryszard zerwał się na równe nogi i podbiegł do okna jakby chciał okupować parapet. – Jeszcze Polska nie zginęła, kiedy my… – zaintonował.

– Proszę usiąść, to nie sejm – wzdrygnął się wyraźnie zdegustowany specjalista. – Wymagam chociaż odrobinę kultury!

Ryszard wrócił posłusznie na kozetkę i położył wypielęgnowane dłonie na drogich, garniturowych spodniach. Pot spływał mu po czole niszcząc już doszczętnie starannie zrobiony makijaż. Dolna warga lekko opadła w oniemieniu. Znalazł jednak resztki sił, by wydusić z siebie jakieś słowa – Nasza Polska… Mieszko I nigdy nie wpadłby na to, że po 1050 latach będzie tak to wszystko wyglądać. Ignorowanie obecnej sytuacji jest jak bicie termometru w trakcie choroby. Taki głęboki spadek.

– Ale Pan pier… głupoty! – nie wytrzymał terapeuta.

– A Pan to co za gość?! – Ryszard spojrzał otępiałym wzrokiem w stronę gospodarza. – Czy Panu też zapłacili za ten hejt?

– Pan mi płaci – usłyszał w odpowiedzi.

– Tak jak się umawialiśmy – odparł przez łzy. – Kamila jest tutaj koło mnie na szczęście i może powiedzieć dokładnie w szczegółach…

– Ma Pan urojenia? – zapytał siwy mężczyzna.

Ryszard rozejrzał się wokoło zdezorientowany, szukając oparcia w jakiejkolwiek bratniej duszy, po czym wymamrotał. – Z tego co mi wiadomo, ale może tego nie wiem, jestem tylko ja.

– Panie Ryszardzie – głos terapeuty był ostatnim pomostem łączącym go w tej chwili z realnym światem – Jak Pan myśli, kogo można obwiniać za tę porażkę?

– To, co wydarzyło się w tym gabinecie, jest porażką rządu – odpowiedział prawie szeptem. – Jak żyć?

– Czy chciałby Pan zostać premierem? – zapytał przebiegle siwy mężczyzna.

– Tak – Ryszard powstrzymywał napływające do oczu łzy.

Przykro mi – zakończył terapeuta. – Pora postawić tu kropkę.

Już to zrobiłem – opuścił bezsilnie głowę zrezygnowany i zawył. – Cholera… Postawiłem kropkę na samym początku…

Chciałoby się napisać – koniec (tą samą formułą zakończyłem pierwotną wersję opowiadania) – niestety mam niemal pewność (chociaż nie jestem narratorem wszechwiedzącym), że ciąg dalszy nastąpi szybciej niż myślimy…

eŁGie